środa, 15 marca 2017

It's one door swinging open and one door swinging closed


Nie wiem, czy ktoś jeszcze przebywa w tym miejscu, czy ktoś zagląda w te tereny, ale mimo wszystko chciałam się odezwać. Cześć wam.
Jak widać, tak jak poprzedni blog (jak i wiele innych) w końcu czas zamknąć to miejsce, pozostawiając je jako archiwum wspomnień. Ze swojego miejsca i w imieniu administracji chciałabym wszystkim podziękować za ten wspaniały czas.. i okazać pewną propozycje.
W sumie, to jest to z mojej strony w trakcie realizacji od dłuższego czasu - blogi z opowiadaniami są powoli rzadkością, dużo częściej spotyka się takie z rpg w komentarzach - jest lżej pisać, wena przychodzi szybciej, dlatego chciałam tylko zapytać na zakończenie, czy ktokolwiek, kto tu jeszcze wejdzie byłby może w niedługim czasie w przyszłości chętny do dołączenia do nowej ery och.. w nieco zmienionej wersji bloga połączonego z oddzielnie założonym forum do rpg. Przydałaby mi się szczerze mówiąc pomoc, ale to już inna bajka.
Także jeszcze raz serdecznie dziękuje, mam nadzieje że reszta się na mnie nie obrazi za takie nagłe, ale cóż.. enjoy i czekam na jakieś (nie)letalne komentarze!

Wasza oddana Saphira.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Stardust.

________________________________________________________________________

_________________________________________________________________________

Olivier Moonlight
 Księżyc • 28 • 09.06 • Nauczyciel wróżbiarstwa • AtopsjaThe first card

_________________________________________________________________________


  Los był kobietą.
 Damą nadzwyczaj urodziwą, upstrzoną wielobarwnymi wypadkami i zdarzeniami, na zmianę przyodziewając barwne wianki i ponure kiry. Tkwiąc w swojej wieczności, nudziła się okropnie. Znając przebiegł przyszłych wydarzeń i będąc siłą warunkując ich koniec, nie mogła odnaleźć nawet krzty uciechy w swoim istnieniu. Tak jak znając zakończenie książki nie odczuwa się radości z czytania, tak ona na świat patrzyła z niesmakiem. Potrzebowała czegoś, co znów ucieszyłoby jej znudzoną duszę i sprawiło, że ponownie odczułaby satysfakcje bycia bytem najwyższym.
  Umyśliła sobie, że tylko drobny powiew nowości, może złagodzić jej cierpienie. Lecz, jak można mówić o czymkolwiek świeżym, gdy wie się już wszystko, a świat zdaje się być oskubany z każdej tajemnicy? Rozwiązanie pojawiło się niespodziewanie w postaci ludzi. Tworów, tak głupio zaskakujących, że sama Los musiała bogom powinszować pomysłowości w akcie kreacji. Uważali się za władców świata, chodź okazywali się żałośnie słabi w starciu z kaprysem wyższych sił. Niby udawali, że zgadzają się z wyrokami, a tak naprawdę szukali możliwych sposobów na oszukanie przeznaczenia. Więc, co by się stało, gdyby tak im to ułatwić? Co by poczynili znając plany Losu?
  Byt postanowił nawiązać kontakt z ludźmi, jednakże okazało się, że nie jest to tak proste. Nie była bogiem, który według kaprysu swobodnie mógł zejść do ludzkich osad na herbatkę. Los musiała trochę pokombinować, skorzystać z tego, co oferuje świat. Poprzez gwiazdy, kamienie szlachetne, wodę, zioła, a nawet powietrze, dzieliła się częściowo swoimi planami. Robiła to jednak dyskretnie. W taki sposób, że tylko nieliczne grono osób mogło usłyszeć jej szeptanie. Tylko ci, którzy posiadali mocno wyczulony zmysł, zwany później szóstym lub też trzecim okiem, mogli odpowiedzieć na jej zawodzenie. Kiedyś szaleńcy, teraz wróżki, wieszcze, kabalarze. Za ich pośrednictwem musiała docierać do reszty. Wprawdzie ludzie, którzy nie doświadczyli jej działania osobiście, zdawali się powątpiewać uważając to za durną zabawę lub objawy szaleństwa.
  Tym, jednak Los się nie przejęła, bo przecież to już nie był jej problem.

________________________________________________________________________

________________________________________________________________________

- Odautorska paplanina -



[Egzamin grupy alpha]Hahahaha! You can't grow new hands! Hahahaha!

- Kim lub czym ty do cholery jesteś?! 
Na ten krzyk zmarnowała większą część swojego powietrza, ale miała nadzieje, że potwór trzymający ją za rękę nie będzie w stanie tak jak siły w nogach, odebrać jej również możliwości oddechu. Przeklinała siebie w myślach, że dała się tak łatwo wrobić w ten cały burdel, a już na pewno za to, że nie usłyszała tak głośnych kroków. Choć patrzyła na istotę przy sobie uważnie, nie mogła dojrzeć jej twarzy ani sylwetki - wszystko było rozmazane.
- Naprawdę mnie nie poznajesz, Ainie? - zapytał, a płomiennowłosa spięła się cała, nieruchomiejąc. Mrugnęła zaledwie jeden raz i nagle wszystko stało się jasne.

~*~*~*~*~*~
Egzaminy.
Słysząc to słowo, padają na kolana narody, góry zmieniają się w niziny, rzeki i morza wysuszają się, a fauna i flora zaprzestaje czynności życiowych - tak przynajmniej wygląda to w mniemaniu każdego lepiej, bądź mniej przygotowanego do sprawdzianu wiedzy całorocznej ucznia obozu chowańców. "Mnie już nic nie obchodzi, chce to po prostu zaliczyć" - słyszy się zewsząd, a co pewniejsi dodają "no, fajnie by było mieć około pięćdziesięciu procent albo i więcej". Jedno było pewne - płomiennowłosa tak jak olała kompletnie powtórki do teorii, tak praktyka niezwykle ją interesowała, dodając iż była w końcu w grupie Alpha, której to ta część była najtrudniejsza ze wszystkich.
Pierwsze dni mozolnego wpisywania odpowiedzi do karty, siedząc w dusznym pomieszczeniu wśród robiących w gacie ze strachu uczniów leciały jej strasznie wolno, co doprowadzało ją do skrajnej irytacji. W szczególności denerwowały ją miny nauczycieli chodzących wokół ławek i obserwujących niewolników nauki jak skończonych przestępców, którzy tylko czekają na moment, by ściągnąć coś od kolegi z przodu, tyłu lub któregoś boku. Oddając ostatniego dnia, ostatni plik kartek, wybiegła z budynku szkolnego szczęśliwa niczym małe dziecko. W końcu koniec - tylko ta myśl brzmiała w jej głowie niczym dzwon, kiedy kierowała się w stronę swojego pokoju w celu wyspania się i odpoczynku przed zbliżającym się egzaminem praktycznym.
~*~*~*~*~

Ogarnęła ją przytłaczająca ciemność, kiedy spięta wsunęła się do labiryntu, a ten zamknął się za nią. Przeraźliwa cisza brzmiała w jej uszach, a najmniejszy szmer, czy podmuch wiatru wzbudzał ogromną nieufność. W szczególności irytująca była świadomość obecności jakiejś osoby, a każde spojrzenie w tył zwiastowało pojawienie się tam potwora - prawdziwego, czy stworzonego przez wyobraźnię egzaminowanego. Dziewczyna ważyła każdy swój krok, ostrożnie stawiając go, by nie zwrócić na siebie uwagi potencjalnego przeciwnika, a podchodząc do zakrętów, zastygała w bezruchu i nasłuchiwała. Po kilku takich sytuacjach stwierdziła, że musi zaryzykować i w pewnym momencie puściła się biegiem przez jeden z żywopłotowych korytarzy. I nie myliła się, kiedy odwracając głowę w tył ujrzała czarny cień, który pruł wprost na nią. Adrenalina gwałtownie uderzyła w nią, a dłoń natychmiast zacisnęła się na małych sztyletach, tkwiących przy jej pasku. Złapała trzy z nich, zrobiła zwrot i skacząc w tył, cisnęła je w stronę wroga. Zamrugała zszokowana, gdy te przeleciały, a istota zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie mgłę. Zatrzymała się, dysząc po tym krótkim sprincie i ścierając pot z czoła. Takie sytuacje były dla niej najgorsze - wróg zniknął z pola jej widzenia, a nawet nie potrafiła określić cóż to było.
- Ainie..
Niemal podskoczyła, słysząc to zdrobnienie przywiane przez wiatr. Wyjęła swoje dwa miecze i rozejrzała się wokół.
- Kto tu jest?! - zapytała głośno, niemal z warkiem.
- Ainie! Ainie, pomóż mi!
Krew odpłynęła z jej twarzy, gdy zdała sobie sprawę, czyje są to nawoływania. Nie może być, pomyślała. Czy to na tym polecał ten test? Ponownie puściła się biegiem w stronę głosu, który z każdą chwilą nasilał się, a jej serce waliło jak opętane. Już nieważne było, czy są tu jakieś potwory, czy niebezpieczeństwa - musiała dotrzeć tam jak najszybciej.
I udało jej się. Wbiegła na pustą polanę skrytą we mgle, gdzie usłyszała ostatni raz swoje imię.
- Halo?! Cedric?! - rozglądała się wszędzie, zagłębiając coraz bardziej w sinoszary teren. - Cedric! Gdzie jesteś?!
Dziecięcy śmiech zabrzmiał w jej uszach, gdy oczy przysłoniła jej ciemność. Drgnęła gwałtownie i cięła na oślep, gdzie się dało. Dała się nabrać. Poczuła jedynie jak ktoś łapie ją za nadgarstek i nagłe szarpnięcie, które zwaliło ją na kolana, na bardzo miękkie, niemal kwieciste podłoże. A może nagle znaleźli się w innym miejscu? Chichot cały czas brzmiał tuż obok niej.
- Kim lub czym ty do cholery jesteś?! 
Na ten krzyk zmarnowała większą część swojego powietrza, ale miała nadzieje, że potwór trzymający ją za rękę nie będzie w stanie tak jak siły w nogach, odebrać jej również możliwości oddechu. Przeklinała siebie w myślach, że dała się tak łatwo wrobić w ten cały burdel, a już na pewno za to, że nie usłyszała tak głośnych kroków. Choć patrzyła na istotę przy sobie uważnie, nie mogła dojrzeć jej twarzy ani sylwetki - wszystko było rozmazane.
- Naprawdę mnie nie poznajesz, Ainie? - zapytał, a płomiennowłosa spięła się cała, nieruchomiejąc. Mrugnęła zaledwie jeden raz i nagle wszystko stało się jasne.
- Cedric..? - wpatrywała się w niego z szokiem. Nie, to nie mógł być on. Był o wiele młodszy i niższy, chociaż jego oczy i wyraz twarzy tak jak zawsze wyrażały dojrzałość i rozbawienie. - Co ty..?
- Pamiętasz to miejsce, siostrzyczko? - zapytał, wskazując na otaczającą ich łąkę pełną kwiatów i kwitnące drzewa wiśni oraz jabłoni. - Kiedyś kochałaś tu być.. Przepraszam, że zostawiłem Cię na pastwę losu.
- Co..? Nie, nie.. - wyszeptała przerażona. - Ja.. ja nie chce tu być.. Nie, nie chce! - pisnęła.
- Nie chcesz? Dlaczego?! Przecież kochałaś to miejsce! Tutaj zawsze byliśmy szczęśliwi! Z dala od problemów i od rzeczywistości! I możemy zostać tu na zawsze! Razem! - uśmiechał się szczęśliwy jak nigdy.
Ten uśmiech sprawiał jej najwięcej bólu. Był taki sam, kiedy się żegnali ostatnim razem, kiedy zostawił ją na pastwę szarego świata, bez najmniejszej kropli szczęścia. Zacisnęła powieki.
- Puść mnie.. Chce wrócić do prawdziwego Cedrica! - krzyknęła wściekle.
- Nie! - zaprotestował chłopczyk. - Nie puszczę Cię.. Nigdy więcej!
Dziewczyna nie wiedziała jak wyrwać się z jego uścisku. Miał niezwykle wiele siły, niemal miażdżył jej nadgarstek. Zauważyła jedna, że w drugiej dłoni nadal trzyma jeden z mieczy. Przeniosła wzrok na swoją dłoń i na niego i tak kilka razy. Zacisnęła powieki i palce na rękojeści, unosząc go w górę.
 - Co ty robisz?! - wydarł się chłopczyk. - Już nigdy tu nie wrócisz! Nigdy!
Uśmiechnęła się do niego z rozpaczą.
- Wiem o tym, braciszku - szepnęła jedynie
Przepraszam.
Ostrze przecięło idealnie dłoń jej brata, a co za tym idzie - również i jej rękę. Poczuła tylko ogromny ból i wrzasnęła głośno, a krew zalała rośliny pod nią. Wiedziała, że było to konieczne - poświęcenie czegoś swojego, by uratować siebie. Czy to o to chodziło w tym teście? Miała stracić coś, by okazać swoją fizyczną i psychiczną siłę? Zamknęła oczy, nie chcąc o tym myśleć, a jej odpłynięciu w niebyt towarzyszyły krzyki Cedrica.
Otworzyła oczy.
Znajdowała się znowu na polanie, sama, a przed nią leżała szkarłatna róża. Była w szoku. Czy zaliczyła sprawdzian? Czy może go oblała? Nie czuła jednak bólu, więc spojrzała na swoje dłonie. Obie były w całości. Odetchnęła głęboko, roniąc łzy szczęścia. Potem znowu przeniosła wzrok na przedmiot przed nią i ujęła ją w dwa palce. Ponownie doznała teleportacji, tym razem na plac początku egzamnu.
- Brawo - powiedziała Saphira Katsuko, stojąc obok swojego męża - dyrektora. - Zdałaś egzamin.

sobota, 6 sierpnia 2016

Join the dark side of the moon

Na śniadanie:
"Kuro" - swoje prawdziwe imię zagubił, gdzieś na początku swego istnienia, nikt nigdy nie kwapił się, by mu je przypomnieć. Tak więc dla wszystkich istnieje jako "Kuro", przydomek który otrzymał od jednego z niewolników, z którymi przebywał
- 17 lat - choć sam nie ma ku temu pewności, nie zna też daty swych urodzin, więc zwyczajnie ich nie obchodzi. No bo i po co zawracać sobie tym głowę? One przecież nic w jego życiu by nie zmieniły.
- 176 cm i 50 kg - wychudzenie, ale co zrobić, kiedy do jedzenia całe życie dostawało się tyle co kot? Byle przeżyć i przeżył.
- Klasa V  (alchemia i runy)
- Kierunek szkolenia - zwiadowca
- Grupa treningowa: Beta
- Ulubiona broń - katana, sztylety, łuk - w tej kolejności. Katanę uwielbia, a sztyletami dobrze się posługuje, później używając je też do innych celów. Łuk zostawia sobie jako ostatnią deskę ratunku.
- Dom Wody - pokój VII - Shiro nie miał wyjścia. Teraz ma współlokatora
- Kuma - czarny niedźwiedź, z którym chłopak nie ma szczególnie silnej więzi. Chowaniec ten jest dość charakterny. Ma do Kuro żal za to, że nie mógł być blisko niego (choć zdaje sobie sprawę, że chłopak nie za bardzo miał tu wybór). Potrafi się obrazić na cały świat i dać o tym dobitnie znać swemu podopiecznemu. Często płata mu figle, nie rzadko wydobywając z niego jego lęki. Mimo to, kiedy potrzeba potrafi spoważnieć i pomóc swojemu 'przyjacielowi'. 
Czas na obiad:
Tu niestety nie ma co opowiadać. Pewnej burzliwej nocy urodziło się krzyczące dziecko, które to doprowadziło tym samym swą mamę do śmierci. Ojciec jego (Lysander) nie potrafił na ów chłopca patrzeć i sprzedał go, by chociaż się wzbogacić. Ów ojciec nie potrafił odnaleźć się w sytuacji, a jęczący bachor tylko by mu w głowie namieszał. 

Wreszcie deser:
Kuro nie posiada jakichś szczególnych cech wyglądu. Jego kruczoczarne włosy i równie ciemne oczy mogą jednak przyprawić parę osób o depresję. Jest nieco za szczupły, ale dzięki za dużym bluzom, dzielnie ukrywa tę swoją niedoskonałość. Ma również długie palce, które doskonale radzą sobie z instrumentami klawiszowymi, choć on sam woli jednak swoją gitarę. Natomiast swym obojętnym spojrzeniem skutecznie odstrasza innych. 
Kuro jest osobnikiem zamkniętym w sobie, który to nie za bardzo potrafi poradzić sobie w towarzystwie. Kiedy coś mu nie wychodzi, dość szybko wpada w szał i zwyczajnie wychodzi z pomieszczenia by odreagować. Na dodatek posiada tę irytującą cechę, która pozwala mu patrzeć z góry na innych. Jest niezwykle pewny siebie, a jego fotograficzna pamięć uczyniła z niego wzorowego ucznia już w pierwszym tygodniu uczęszczania do Obozu. Nie żeby mu na tym zależało, po prostu wiele pamięta. Nawet nie próbuje się zaprzyjaźniać, gdyż zwyczajnie nie potrafi już zaufać ludziom. To w końcu oni byli przyczynami jego nieszczęścia. Na widok roześmianych twarzy ma mdłości.
Już wygłodniali? Cudownie, czas rozpocząć kolację:
Natura obdarzyła go żywiołem wodnym, co niespecjalnie mu przeszkadza, ale nie można też powiedzieć, by szczególnie go cieszyło. Nie przepada bowiem za tym żywiołem, a od kiedy wpadł do studni jako dziecko i prawie się utopił, panicznie boi się głębokości. Nie potrafi pływać, co tylko utwierdza go w przekonaniu, że los parszywie sobie z niego zakpił.
Do Bety trafił ze względu na swoje umiejętności w walce. Został wyszkolony na ochroniarza swojej pana. Doskonale posługuje się więc kataną, łukiem oraz sztyletami. W walce wręcz też nie ma sobie równych. Natomiast swój żywioł traktuje jako ostatnią deskę ratunku, kiedy już wszystko zawiedzie. Zdecydowanie się nim nie chwali i czasem nawet żałuje, że go ma. Nie umie jednak zdecydować się na tak radykalny krok, jakim byłoby morderstwo na swym chowańcu. Ceni bowiem każde życie i gardzi ludźmi szczycącymi się ilością trupów, jakie po sobie zostawili. Do perfekcji natomiast opanował sztukę leczenia samego siebie za pomocą swego żywiołu. Uwielbia tę właściwość i akurat nie zamieniłby się nią za nic innego w świecie. Bo co może być lepszego niż wstający "trup" w środku walki? Dzięki swej doskonałej pamięci i logicznego myślenia doskonale sprawdza się jako strateg. Jest pomysłowym wojownikiem.

Wciąż mało? Ja nie wiem, ile wy w siebie zmieścić możecie... no dobrze. Co powiecie na ciasto czekoladowe?

Kuro nie znosi alkoholu, bo którym zwyczajnie mu nie dobrze. Już jedno piwo przyprawia go o mdłości. Nie lubi też przebywać z pijącymi. Nigdy przecież nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy. Lepiej opuścić imprezę, zanim ta zdoła się na dobre rozkręcić. Nie znosi również słońca. To z kolei związane jest z jego przeszłością. Został pozbawiony wody i wystawiony na słońce na długie godziny. Przestał cieszyć się jego blaskiem i teraz najlepiej oddycha wieczorem. To wówczas spaceruje. 

Natomiast chłopak uwielbia pielęgniarki. Kojarzą mu się z długim wylegiwaniem w łóżku oraz całkiem przyjemnym widokiem. Nie miałby nic przeciwko szybkiemu numerkowi z taką jedną czy drugą. Róże to jego kolejna słabość, choć nie przyznaje się do niej głośno. Te kwiaty kocha ze względu na ich podwójną naturę. Są piękne, kruche i dość łagodne, z drugiej strony potrafią wbić sztylet w nóż. Księżyc to kolejna jego miłość. Uwielbia go obserwować i cieszy się za każdym razem, gdy może to robić w samotności.


Na dokładkę:
Zamiłowanie Kuro do długich rękawów i ciemnych, czarnych kolorów jest wielkie. On nie potrafi wyjść z domu bez okrycia. Kaptur na głowie i zbyt długie rękawy to jego wizytówka. Dodaj do tego jeszcze dłonie ukryte w kieszeniach spodni i masz odpowiedni obrazek tego chłopaka. Więc jeśli kiedykolwiek uda ci się go zobaczyć na krótkim rękawku to jesteś wyjątkowym farciarzem.
Na jego prawym przedramieniu widnieje tatuaż z numerem rejestracyjnym. Pamiątka po okresie zniewolenia, która już zawsze będzie mu o tym przypominała. Do tego paskudne blizny na plecach i te mniejsze, które niestety zrobił sobie sam, na rękach.
Niestety nabawił się klaustrofobii i nawet nie pamięta kiedy. Zmaga się z tym lękiem w samotności, strasznie się go wstydząc. Nie znosi pokazywać swej słabości, ale zamknięte przestrzenie działają na niego alergicznie. W najgorszym wypadku traci przytomność, budząc się potem z wysoką temperaturą.
Paczka fajek zawsze w kieszeni, a jedna z nich w dłoni lub za uchem. On bez nich z domu nie wychodzi. Nie planuje rzucać palenia w najbliższej przyszłości. Twierdzi, że to pomaga mu się uspokoić. Zwłaszcza po dręczących go koszmarach.
Gitarę i notes pełen piosenek wyciąga, kiedy na dworze już ciemno, a gwiazdy przyjemnie błyszczą w ciemności. To wówczas szuka ustronnego miejsca, bądź siada na schodkach domu wszystkich wodników i rozpoczyna swój koncert, zatapiając się w dźwiękach muzyki. Nie dba wtedy o to, czy ktoś go usłyszy czy nie. Jest w swoim świecie.
Czasem możesz go spotkać pod drzewem wraz z kawałkiem drewna i scyzorykiem. To wówczas rozpoczyna swą prawdziwą magię. Tworzy najróżniejsze figurki, wisiorki i inne bibeloty. Uwielbia budować, a wszelkiego rodzaju zdobione skrzyneczki dopracował do perfekcji. Relaksuje się przy tym, a na nudnych lekcjach zapełnia sobie czas. Nauczyciele nie zwracają mu za to uwagi, póki siedzi cicho i zna odpowiedzi na ich pytania.

[Ok. Wypłodziłam go dawno temu i żal byloby z tego nie skorzystać.
 Kontakty pod KP Ryu. Muszę odpalić gg znowu :)]

Początkujący w miłości

Wicedyrektorka obozu chowańców wraz ze swoją przyjaciółką, a zarazem boginią ciemności, po ucieczce boga światła, przetransportowała oboje rannych do lecznicy. Scythe zabrała swojego męża do swojego domu, poza światem, a Saphira tutaj, w Domu Głównym. Zaraz zajęła się nim Rima, która wraz ze swoimi pomocnikami doprowadziła dyrektora do stanu stabilnego, a następnie położyli go na jednym ze szpitalnych łóżek. Tuż obok niego swoje miejsce miał przygotowane Mikoto, który lada moment miał zjawić się w obozie.
Czarnowłosa siedziała na krzesełku obok łóżka ze spuszczoną głową, w palcach obracając swoją obrączkę i obserwując każdy swój ruch z należytą uwagą. Nie odezwała się ani słowem do nikogo, a jedynie spojrzeniem rozkazała wszystkim stąd zniknąć. Chciała zostać sam na sam ze swoim ukochanym, do czasu aż się ocknie. Miała zaplanowane już wszystko, chociaż łzy co chwila znaczyły ślady na jej policzkach, a wargi choć zaciśnięte drżały. Pociągnęła noskiem po raz kolejny, przenosząc na sekundę wzrok na łóżko, a zaraz wracając nim do swoich dłoni. Jej serce i psychika zniszczone były tak bardzo, że już sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć, a dodatkowo pojawiła się kwestia "umowy", o której usłyszała i już domyślała się, że chodzi o jej "zmartwychwstanie" i o cenę, którą jej mąż zapłacił. Wiedziała tylko, że dotyczy to jej pierworodnego syna Mikoto. Przymknęła powieki, by po chwili je zamknąć. Niepisany kontrakt można było złamać tylko w jeden sposób. Cofnąć się do tamtego dnia i nie dopuścić do jego podpisania. I to Saphira miała zamiar właśnie zrobić.
Białowłosy miał to szczęście, iż mógł nazywać się synem śmierci. Pomimo ciężkich obrażeń odniesionych w starciu z bogiem światła, a raczej ze ścianą i dawną szafką, nie minęła nawet godzina, a on już wracał do siebie. Dziękował za to przede wszystkim pani Dream-Josuke, ale także swojej własnej umiejętności przyspieszonej regeneracji ciała. O ile wszystkie jego żebra wróciły już na swoje miejsce, tak paskudne sińce na szyi miały towarzyszyć mu jeszcze długo po przebudzeniu. Przez te kilkadziesiąt minut, kiedy był nieprzytomny, przebywał w błogiej pustce pełniej ciszy i spokoju. Z dala od tych wszystkich problemów, który wyniszczały go każdego dnia coraz dotkliwiej i silniej. Jednak żadna utopia nie mogła utrzymać się długo. Wkrótce rzeczywistość przywołała go do siebie, a on z jękiem, nadał półprzytomnie, podniósł się do siadu. Ból sparaliżował go natychmiast. Dziewczyna widząc to, natychmiast pomogła mu się położyć. Nie chciała, żeby w jakiś sposób jeszcze mógł zrobić sobie krzywdę. Marzyła po prostu, żeby wyzdrowiał. Żadne słowo nie wydobyło się z jej ust podczas tej czynności, a obrączkę nadal trzymała w swojej dłoni. Wróciła od razu na swoje miejsce, powracając do poprzedniego zajęcia, ale tym razem jej ciało zesztywniało, a łzy spłynęły tylko bardziej. Ponownie pociągnęła nosem i odetchnęła starając się uspokoić, co niestety jej nie wyszło, a jego jęki tylko gorzej na nią działały.
Kiedy wrócił z powrotem na poduszki, świadomość wracała do niego dwa razy szybciej. Najpierw fakt powracającego w eskorcie Mista Mikoto, kłótnia z Saphirą.. a dopiero potem obraz Shiro. Natychmiast podniósł dłoń do swojej szyi, sam nie wiedział, po co, ale od razu wyczuł opuchliznę pod palcami, a nawet delikatny dotyk sprawiał mu ból. Po chwili odetchnął cicho. Skoro leżał w lecznicy, już musiało być po wszystkim. Dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę z tego, że Saphira siedzi przy nim.. ale nie spojrzał na nią. Chciał na nią spojrzeć, ale zwyczajnie się bał. Był tchórzem. Pieprzonych tchórzem, ale teraz nie miał przed nią już żadnych tajemnic. Wszystko potoczyło się inaczej niż chciał. Wszystko skończyło się z zupełnie odwrotnym skutkiem. Wszystko zepsuł. Jak zawsze. Łzy napłynęły do jego oczu, a on jedynie je zamknął, aby odciąć się od rzeczywistości i pozbierać myśli.
- Uderz mnie - odezwał się jedynie, a jego głos wydał mu się niesamowicie odległy. - Uderz mnie, chcę wiedzieć, że to nie jest sen.. - wychrypiał. - Poza tym, należy mi się.
- Chociaż należy Ci się, to tego nie zrobię - wyszeptała po dłuższej chwili milczenia, zamykając oczy.
Starła dłonią łzy i oparła się po chwili plecami o oparcie, patrząc w sufit bez słowa. Nie wiedziała jak ma się zabrać za to, co chciała zrobić, ani jak powiedzieć to, żeby na pewno spełnić każde słowo. Było jej trudno i to cholernie, ale świadomość tego, że chociaż jej syn i mąż mogliby być wtedy wolni od boskiego sądu, napawał ją nadzieją.
W lecznicy nastała niezręczna cisza, Prócz nich już nikt tutaj nie przesiadywał, dlatego trudno było o jakiekolwiek inne dźwięki prócz ich własnych głosów. Ciemność za oknami nie dawała za wygraną i nie wpuściła jeszcze nawet najmniejszego promienia światła na swe terytorium. Mieli zatem wiele czas na wspólną rozmowę. Na wyjaśnienia, od których musiał zacząć, ale głos uwiązł mu w gardle. Wyciągnął dłoń i na oślep wymacał jej kolana, a następnie dłoń z obrączką. Chwycił ją kurczowo, bardzo mocno, a na wypadek, gdyby chciała mu się wyrwać, gotów był połamać jej nawet palce.
- Przepraszam - wydusił jedynie. - Przepraszam.
Chciała zabrać dłoń, to prawda, ale z westchnieniem tego nie zrobiła. Wysłuchała tylko tego jednego, powtórzonego słowa i zerknęła na niego kątem oka spod czarnej grzywki, która opadła na jej twarz.
- Gdyby Twoje przepraszam wartę było cokolwiek, może nawet wzięłabym je sobie do serca - wyszeptała cichutko. - Dałam Ci tyle szans ile żadna kobieta, ponieważ kochałam, kocham i kochać będę Cię pewnie zawsze. Ale teraz po prostu weź tą obrączkę i puść moją dłoń.
- Przestań... - pokręcił głową na poduszce. Puścił jej dłoń, jednakże tylko po to, by z nieukrywanym trudem podnieść się do siadu i usiąść na skraju łóżka. Odważył się spojrzeć jej prosto w oczy, siedząc naprzeciwko niej. Zachował jednak dystans. Wiedział, że prócz rzekomej miłości nic ich już nie łączyło. Ani zaufanie, ani przebaczenie, ani bezwarunkowe uczucie. Skrzywdził ją. Nie celowo. Swymi błędami i potknięciami. Tak naprawdę wina nie leżała po niczyjej stronie, nawet nie po jego. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale wiedział, że tak musiało się to skończyć. Ale on nie zamierzał stawiać ostatecznej kropki. Jeszcze nie. Nieważne, ile miało go to kosztować. Ile czasu miało to zająć. Ile cierpienia przysporzyć. Miał zamiar walczyć dopóki potrafił oddychać. Wziął głęboki oddech i spojrzał jej prosto w oczy. Spojrzeniem przesiąkniętym bólem, żalem i nienawiścią. Do samego siebie.
- Wysłuchaj mnie - wyszeptał błagalnie. - Nie musisz robić nic więcej, po prostu mnie wysłuchaj.. - mówiąc to, zdjął z serdecznego palca lewej ręki obrączkę, lekko ubrudzoną zaschniętą krwią. Jednak ona go powstrzymała. Wsunęła ją z powrotem na jego palec i zacisnęła jego dłoń.
- Mam zamiar uwolnić Ciebie i Mikoto z tej cholernej umowy, rozumiesz? - wbijała wzrok w jego oczy. - Nie powstrzymasz mnie, Tadashi. Zakończę to tam, gdzie to się zaczęło.
Czuła w sobie siłę, by to powiedzieć, by to zrobić i była przekonana, że tak powinno być. Miała dosyć tego wszystkiego, co wokół niej się działo, dlatego uznała to również za sposób ucieczki przed bólem i kolejną próbą bezsensownej walki. Ona również czuła się winna, że gdzieś po drodze popełniła błąd. W jakimś momencie coś musiała źle powiedzieć, źle zrobić, że Tadashi przestał jej o wszystkim mówić, bo nie stało się to bez przyczyny i domyślała się już, że chodzi o jej śmierć.
- To już teraz nie ma znaczenia - przerwał jej dość brutalnie. Uciął krótko suchym, z pozoru pozbawionym emocji uczuć. - To już jest zakończone. Umowa rozwiązała się w dniu narodzin Mikoto, ale po drodze coś się zjebało - rzucił krótko. Już nie miał przed nią nic do ukrycia. - Jak zwykle wplątałem się w gówno.. obiecałem, że do jego szesnastych urodzin dotrzymam umowy, ale kurwa, to przecież było niemożliwe.. - wpatrywał się pusto w swoją obrączkę. - Shiro myślał, że może go sobie tak po prostu zabrać, ale wina nie leży po mojej stronie. Przysiągłem na moją własną krew, która dzisiaj została przelana. Pakt dłużej nie obowiązuje. Tego chciał Shiro. Nie przyszedł po Mikoto. Wiem o tym. I nawet wiem dlaczego...
Już, kiedy tylko uciął jej słowa swoim oschłym stwierdzeniem, odsunęła się z powrotem na krzesełko. Wpatrywała się również w znak dopełniający ich miłość, który teraz leżał na środku jej dłoni. Chociaż jej serce krwawiło i rozpadało się powoli oraz boleśnie wiedziała, do czego prowadzi ta rozmowa. Myślała, że to będzie dostateczny powód, miała taką nadzieję, ale teraz wszystko zostało zniszczone. Już nie miała usprawiedliwienia, prócz tego ostatniego czasu w którym oboje nacierpieli się za swoje, jeden bardziej od drugiego. Kto był winnym, kto zranionym? Teraz nie miało to znaczenia. Ta nić pękła.
Nie odezwała się ani słowem, słuchając jego wywodu, a na koniec o nic nie zapytała. Miała dość informacji, które były jej potrzebne. Zamknęła oczy spod których cały czas samoistnie spływały łzy.
- Rozumiem - wyszeptała jedynie na zakończenie.
Ale on chwycił jej dłoń. Jeszcze nie skończył tej rozmowy i nie miał zamiaru. Zabrał jej własną obrączkę, a swoją wcisnął w jej dłoń i mocno zacisnął palce.
- Właśnie że nie rozumiesz - odparł cichutko. Patrzył jej w oczy. Proste w te oczy, które tak kochał. Całym sercem. - Nikomu nie pozwolę skrzywdzić ani Mikoto, ani ciebie, ani Rosalie. Jesteście dla mnie najważniejsi. Wszystko, co zrobiłem w życiu, nieważne, jak złe były to rzeczy.. zrobiłem to dla was - wydusił. - Nie liczę na to, że mi wybaczysz, ja... wiem, że pewnie nie zdołam cię przy sobie zatrzymać, dlatego... chcę, żebyś ty ją miała - zacisnął mocniej jej dłoń. - Ale i tak będę prosił.. daj mi chociaż tę jedną, jedyną, ostatnią szansę.. - nie powstrzymywał już łez. - Wiem, że mi nie ufasz... że po raz kolejny wszystko zepsułem... ale ja już nie wiem, co mam zrobić... żebyś tylko ze mną została... - tylko łzy, kapiące na pościel, przerywały ciszę pomiędzy jego słowami.
Na jego słowa odpowiedziała cisza. Saphira nawet nie patrzyła mu już w oczy, a grzywka zasłoniła jej twarz. Nie widział jej emocji, uczuć, niczego, a napięcie rosło z sekundy na sekundę, jednak po tym czasie.. zauważył, że zaczęła się trząść, a po chwili usłyszał jej cichutki, zduszony szlochem szept.
- Ja.. Saphira Trancy.. biorę Ciebie, Tadashi, za męża.. i ślubuję ci miłość.. wierność.. i uczciwość małżeńską oraz to.. że.. że Cię nie opuszczę.. aż do skończenia świata.. - ukryła twarz w dłoniach zanosząc się płaczem. - Tak mi dopomóżcie.. bogowie..
Nie musiała długo czekać na odzew mężczyzny po tych słowach. Nie wyrzekł nawet pół wyrazu, tylko natychmiast złapał ją w pasie i za ramiona, biorąc na swoje kolana, ignorując ból pogruchotanego ciała i to, jak bardzo w tym momencie wielka była przepaść między nimi. Ani ona, ani on nie mogli sądzić siebie nawzajem na temat tego, jakimi byli ludźmi. Kiedy przytulał ją tak mocno do siebie, łkając w jej włosy, wiedział tylko jedno - że kocha ją i prędzej odbierze sobie życie niż pozwoli jej odejść. I ona również. Nie bez powodu powiedziała te słowa, w końcu zaważyły na całym ich przyszłym życiu i teraz nie mogło ich rozdzielić nic. Mogła sobie mówić, że się wyprowadza, że odchodzi, że ma dosyć, ale prawda była taka, że oczy Tadashiego zmieniały wszystko - kiedy tylko w nie spojrzała jej serce miękło i zaczynało tęsknić za jego dotykiem, za czułością, za słowem, czy za zwykłą obecnością. Miała dosyć tych kłótni, łez, kłamstw i chciała z tym skończyć, ale nie najprostszą drogą. Wiedziała, że czeka ich wiele walki, wiele wyrzeczeń na rzecz siebie, ale na końcu tego wszystkiego miało tkwić coś pięknego - ich własne, naprawione serca bijące w jednym rytmie. Wbrew tylu lat ilu mieli, byli jedynie nowicjuszami.
Początkującymi w miłości.

[EGZAMIN GAMMA] Oh, dear deer.

Drobne ostrzeżenie, gdyż chodź z umiarem, to Xes jednak klnie. :c  


  Wpierw bagatelizował, będąc przeświadczony, że czasu ma aż za wiele. Nie czuł głębszej potrzeby frasowania swojej głowy, to wciąż okładając nużący obowiązek na inny dzień, tydzień czy miesiąc. Przecież wciąż miał czas, a nauka nie zając, nie ucieknie.
  Jednakże stało się coś dziwnego, co Coelh zrozumieć w żaden sposób nie mógł. Niespodziewanie jesienne wieczory odeszły na rzecz zimowych nocy, które i tak szybko zostały zamienione przez świeże, wiosenne poranki. Jednak i te w końcu skończyły się, a wraz z nim ów czas, którego przecież uprzednio było aż w nadmiarze.
  Tak oto nadeszło upragnione lato, a wraz z nimi już nie tak wyczekiwane egzaminy. Kazaya, jak zazwyczaj do życia podchodził z beztroską, tak mając dzień czy dwa do dnia ostatecznego zaczął odczuwać dyskomfort psychiczny. Nie inaczej zwany, bo przecież chłopak nie przyzna się do tego, że to właśnie mara stresem zwana, szarga mu nerwy. Najbardziej obawiał się cześć egzaminów mających sprawdzić jego wiedzę, zaś na test fizyczny gwizdał wychodząc z założenia, że co oni mogą tam skomplikowanego dać.
  Zabawnie jednak los sprawił, że to co straszyło okazało się nie być, aż tak potwornie. Wszelkie test zdał zaskakująco dobrze. Nie każde, co prawda przyniosły najwyższą ocenę, ale wszystkie były pozytywne, dzięki temu mógł odetchnąć z ulgą i pstryknąć w dziób wrednego ptaka, który wieścił mu poprawki.
  Jednakże została jeszcze druga część tej całej farsy. Tą, którą uprzednio nazbyt się nie przejmował i liczył, że podejdzie do niej, jak i zda z przysłowiowym palcem w nosie. I był tego pewien nawet po ogłoszeniu treści zadania, które okazało się podejrzliwie proste i jawnie podane - nie tak jak u innych grup. Dopiero, gdy zaczął głębiej analizować wszelkie za i przeciw, to serdecznie pozazdrościł reszcie. O wiele bardziej preferowałby utulić ghula czy inną banshee, aniżeli stać pośród niezmierzonego buszu i bawić się w kłusownika.
  Od rogu oznajmującego rozpoczęcie testu musiało już minąć sporo czasu. Słońce niebezpiecznie sięgało ku horyzontowi, szydząc z niezwykłego talentu chłopaka do wręcz niczego. Zgubił się, to po pierwsze. Przemierzył znaczne hektary leśnego terenu bardziej kręcąc się po raz utartych ścieżkach, aniżeli zbliżając się chodź bliżej celu. Kazaya wprawdzie nie tyle, co się tym nie przejął, co raczej nie był świadom. Przecież wciąż idziemy do przodu - powtarzał w kółko, tym doprowadzając do skrajnej irytacji swego chowańca.
  I to w osobie jego towarzysza wystąpił następny, już drugi problem. Paw nie wytrzymując, w pewnym momencie po prostu odleciał, zostawiając chłopaka na pastwę losu. Coelh, co prawda w pierwszej chwili zwyzywał ptaka, żegnając go serdecznym środkowym, tak im dłuższa ich była rozłąka, tym bardziej martwił się o Xerxesa. Zwłaszcza, że niepokój chłopaka wzmagał trzeci problem. Odkąd postawił nogę w lesie nie widział chodź śladu zdradzającego obecność celu jego zadania - złotego jelenia.
  Owych zwierząt miało być cztery, z założenia po jednym dla każdego podchodzącego do sprawdzianu. Chłopak miał jakieś dopijające przeczucie, że tylko mu zajmuje tyle czasu wytropienie tego przeklętego cholerstwa. Ba! Na pewno reszta uczestników zdołała już oddać poroża, a jak nawet nie, to przynajmniej wiedzą, gdzie jest ich niedoszła ofiara.
  Może lepiej by mu szło, gdyby nie miał za towarzysza sparciałego pawia o przeżartym przez egoizm sercu, który teraz szlaja się nie wiadomo gdzie, po co i z kim, zamiast tu być i go wspierać.
 – Hej, słyszałem! – ni zowąd czyjś głos przebił się przez mentalną osłonę, drażniąc umysł chłopaka. Kazaya zachwiał się lekko i tylko dzięki łukowi, na którym się wsparł, zachował równowagę. Przeklną nadto głośno, gdy po chwili rozpoznał, do kogo należał głos.
 – Ej, ej! Spokojnie słoneczko moje przyciemnione. Wiem, że tego nie lubisz, ale zepnij poślady i przecierp.
  Nie lubi? To dość lekkie określenie zwłaszcza, gdy chłopak wszelkie formy magii psychicznej traktuje ze znacznym dystansem. A mówi się tu o niechęci zbudowanej na paranoicznym wręcz strachu przed możliwością, aby ktokolwiek, tudzież cokolwiek mogło mu grzebać w głowie. Owszem, pierdoła ni w ząb rozumiejąc arkany tej odmiany magii zaczął się jej po prostu bać. Odkąd pamiętał zawsze odczuwał obrzydzenie, gdy musiał dzielić swoją przestrzeń psychiczną z drugą osobą nawet, jeśli był to jego chowaniec. Przez to stracił jedną z form komunikacji ze swoim towarzyszem, ale za to na swym strachu zbudował dość silną mentalną barierę, z którą nawet doświadczeni w tej dziedzinie mieliby nie lada problem.
 Chyba, że mówi się o Xerxesie. Jakimś cudem, ta pluskwa zawsze się wślizgnie. Nawet, jeśli Kazaya wielokrotnie prosił go, aby tego nie robił.
 – Czego chcesz? W ogóle, to gdzie ty się szlajasz? Wracaj tu i pomóż mi znaleźć tego cholernego rogacza, bo jeśli nie wiesz to...
 – Nie dość, że cham, to i prostak. – Xes przerwał mu w pół zdania. Chłopak wybitny z rytmu, zaciął się nie pojmując, o co chodzi chowańcowi. – Masz łuk?
 – Mam. – białowłosy odmruknął niepewnie, patrząc na dzierżący w dłoniach drzewiec. Broń nie należała do niego, a została wypożyczona z obozu przez przymus. Nie upolowałby jelenia, tą swoją igiełką, chodź przyznając się miał obawy czy nawet mając łuk uda mu się to zrobić. Zwłaszcza, że jego umiejętności w posługiwaniu tym rodzajem broni można uznać za tragiczne i niebezpieczne dla otoczenia.
 – Doskonale! Więc mój drogi, bądź przygotowany. – w głosie chowańca było słychać rozbawienie. Nim Kazaya zdążył jakkolwiek zareagować, kontakt się urwał, a okropny ryk poruszył lasem.
  Stado czarny ptaków zerwało się ku niebu,  a rośliny nieopodal poruszyły się gwałtownie jedne po drugim dając znak, że coś się zbliża. Chłopak sięgnął już do kołczanu, jednak nim zdążył wyciągnąć strzałę, coś wypadło z krzaków.
  Białowłosy omal się nie wywrócił, gdy obok niego przeszarżował potężny byk. Zwierzę o złocistej barwie futra z tak wybielonymi porożami, że zdawałoby się, jakby rzeczywiście pokrywało je złoto, uciekało przed... niesfornym ognikiem. Chwile po jeleniu, z krzaków wyleciał Xes. Okrył on swoje pióra jaskrawym płomieniem, który uczynił z niego dość specyficzną kulę ognia.
 – Łap go, durniu! – wrzasnął chowaniec, już nie telepatycznie, a drąc się tuż nad uchem chłopaka, który z otępieniem patrzył na uciekające zwierzę. Kazaya, jak na rozkaz złapał za łuk wypuszczając strzałę, jednak ta poszybowała w całkowicie inną stronę. Przeklną, raz jeszcze podejmując próbę.
 W wykonaniu idealnego strzału przeszkadzało mu wszystko. Po brak umiejętności, pogłębiającą irytacje jak to, że cel miotał się po całej polanie pędzony przez Xesa, który pilnował, aby nie uciekł za daleko. Za żadne skarby nie mógł także uspokoić oddechu.
 – Do cholery, zabijesz go w końcu!? – zaskrzeczał paw, gdy kolejna strzała śmignęła tuż nad uchem zwierzęcia i poleciała gdzieś w krzaki.
 – Zamknij się! Nie widzisz, że się staram...
  Raz jeszcze przygotował łuk. Będąc już coraz bardziej zestresowany nawet porządnie nie wycelował. Strzała poszybowała, wypchnięta przez napiętą cięciwę. Jednak, gdy tylko minęła rękojeść zaczęła gorzeć jaskrawym światłem. Ogień o nietypowej białej barwie pokrył drzewiec zamieniając go w niekształtnego węża, który z nieludzkim impetem uderzył w stary świerk. Przebił on na wylot drzewo, praktycznie miażdżąc część na wysokości dwóch metrów. Pofrunął on jeszcze kawałek dalej i tam rozbryznął się na części, co jednak nie było aż tak istotne dla Coelha.
  Kazaya całą swoją uwagę skupił na drzewie, który ze świstem kładł się na ziemi, nie wierząc do końca, że to właśnie jemu udało się je powalić. I gdyby coś ze sporą brutalnością nie pchnęło go na bok, mógłby przekonać się na własnej skórze, że to żadne urojenie.
 – Co ty odpieprzasz!? – wrzasnął ptak wprost do ucha chłopaka. To on odciągnął go, powalił, a teraz z furią wbijał mu pazury w klatkę piersiową. – Przecież, to by cię zaraz.... mmh! 
 Kazaya złapał chowańca za dziób. Dźwignął się powoli z pozycji leżącej odczuwając skutki troski chowańca. Kilka metrów od niego leżało powalone drzewo, po którym śmigały już niewielkie, białe płomienie. Po chwili jednak przybrały normalną barwę, a następnie znikły pozostawiając spopielone plamy. Chłopak powiódł wzrokiem trochę dalej, w stronę niższych partii. Nie skupił się jednak na miejscu, gdzie strzała zgniotła pień, a na punkcie trochę wyżej, pod którym coś definitywnie coś leżało.
 – Udało mi się? Cholera Xes, zrobiliśmy to! – białowłosy wypuścił, a wręcz wyrzucił z uścisku ptaka. Natychmiastowo poderwał się z ziemi i podbiegł do powalonej rośliny, która nie zmiażdżyła co prawda Coelha, ale za to nie odpuściła biednemu zwierzęciu. – Rogi nie są w ogóle uszkodzone, ogarniasz Xes!? Gorzej co prawda z naszym nowym znajomym, ale to...
  Jednak ptak w ogóle go już nie słuchał, a tym bardziej nie patrzył w jego stronę. Wpierw machnął skrzydłami zrzucając z siebie piach, otrzepał pióra i dziobem wygarnął zagubione źdźbła spomiędzy puchu. Dopiero wtedy raczył spojrzeć na chłopaka, który próbował urżnąć rogi zwierzęcia. Westchnął ciężko, a potem cicho rzekł: –  Dobra robota.    



~*~

Gratulacje dla każdego, który przez to przebrnął. Przyznam nawet mi było ciężko ;w; 
Mam nadzieje, że dobrze przedstawiłam egzamin Gammy i o to rzeczywiście chodziło, bo przecież ja zawsze muszę doszukiwać się drugiego dna. Początkowo myślałam, że za złotymi porożami i inny jeleniami stoi jakiś ukryty smok czy przyczajony Maciej w wersji bardziej "fabulous." 
*bo Blackhorn i rogi, i te sprawy, he, he... ugh, błagam, litości, dajcie wody, to było zbyt suche D: * 
Powiedzmy, że zmyliły mnie zadania dla reszty grup, dobrze? 
Khem, zatem nie przedłużając, bo mam jakiś brzydki nawyk robienia tego, jeszcze na koniec serdecznie dziękuje za poświęcony czas. c:

piątek, 5 sierpnia 2016

Organizacja #niewiembobardzokrótka

Super blog, Obóz Chowańców, świetna administracja i przednia zabawa, yey

To nie będzie nic bardzo długiego, więc... konkrety:

Nie zwracając uwagi na niezwykły deficyt notek egzaminacyjnych, termin dodawania postów z egzaminami został przedłużony do dnia 31 sierpnia.

Być może teraz się uda :<